2008-03-18 12:22 [lu]
ktos wpadl na genialny pomysl. sfilmowal telewizor.
ale, ze akurat Ayo byla w telewizji - ja nie mam nic przeciw, przeciwnie...

[0]

2008-03-14 15:52 [lu]
fajnie jest miec strone internetowa i fajnie jest miec gg:

[1 | marcin 2008-03-14 20:39]

2008-02-28 13:31 [lu]
nasza-klasa nie jest jedynym (na szczescie) miejscem, gdzie mozna znalezc krewnych i znajomych...
Tato wlasnie podeslal mi info o Babci Hance i Dziadku Stachu. super! [0]

2008-02-28 10:40 [lu]
z duza frajda ogladam sobie w miedzyczasie boso przez swiat. tak mi sie spodobalo w dzungli, ze nawet wczoraj sieknelismy ze szwagrostwem Apocalypto.
sie Gibson rozkrecil, wrzucil do do historyjki o Majach watki ze "sciganego" i "rambo". ogolnie swietny film, jak komus nie przeszkadzaja doslownosci. mialem tylko obawe czy przy okazji skoku z wodospadu Lapa Jaguara nie wpadnie przypadkiem na Roberta de Niro dzwigajacego w gore swojej zbroi... [0]

2008-02-24 13:22 [lu]
skonczyla sie jesien i przyszla wiosna.
Tymon rozpoczal nauke latania:









[3 | marcin 2008-02-28 23:06]

2008-02-22 07:28 [lu]
Wyglada na to, ze filtr antyspamowy dziala - znowu jacys uprzejmi probowali poinformowac swiat o roznych mozliwosciach farmaceutycznych. Na szczescie wywalenie trzech literek przeroslo ich mozliwosci... [0]

2008-02-20 13:06 [lu]
Przemek zapodal cos na czasie:

[0]

2008-02-20 12:20 [lu]
wprowadzilem filtr antyspamowy (ukradlem ci pomysl, Paweu ;)
bedzie nieco trudniej wpisywac tu cokolwiek, ale wreszcie przestana tu wklejac moje zachety do powiekszania narzadow. [2 | lu 2008-02-21 10:36]

2008-02-20 11:30 [lu]
z cyklu *rozmowy z bratem*

marcin 13:32:08
mam pytanie, spotykamy się jutro na oglądanie filmu?
lu 13:32:18
my bedziemy, a wy? :)
marcin 13:32:31
no my przyjedziemy
marcin 13:32:44
też tak na 20.30?
lu 13:32:58
mhm
marcin 13:33:53
co?
lu 13:34:12
potwierdzilem uzywajac glosek nosowych
marcin 13:34:50
a bo myślałem że się zastanawiasz :)
lu 13:35:19
zastanawiam sie w innej permutacji:
hmm
marcin 13:36:26
postaram się zapamiętać i nie pomylić następnym razem [0]

2008-02-20 09:56 [lu]
odludzie is back.
tyle, ze nikt nie wpadnie, zeby tu zajrzec po takim czasie niebytu.
i swiety spokoj... [2 | marcin 2008-02-20 12:51]

2007-10-10 12:17 [lu]
paweu mi pokazal cos bardzo smiesznego. hermetyczne, ale smieszne. [3 | paweu 2007-10-11 11:47]

2007-09-06 09:40 [lu]
Postanowilem, ze bede sie golil brzytwa.

I nawet wiem juz jaka kupie brzytwe! PATRIOTYCZNA!!! [3 | lu 2007-09-18 09:48]

2007-08-21 11:16 [lu]
Nina jest już po drugiej stronie. Urodziła się na Odludziu w niedzielę o 15:03 po kilkunastu minutach (raptem) walki. Czuje się świetnie, odżywia prawidłowo etc. Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Świetnie było przeżywać jej poród całą rodziną (Tymon przespał najważniejsze, bo akurat ułożył się do snu - może na szczęście).
Dzięki wszystkim za pamięć i dobre słowa.
Dla chętnych kilka fotek na picasaweb albums. [3 | Janosik 2007-08-22 13:29]

2007-07-26 10:28 [paweu]
ho ho, lu, chyba potwierdzili Ci zamówienie ;)) [1 | lu 2007-07-26 15:14]

2007-07-25 08:32 [lu]
ogladam wlasnie film o tym jak John Lurie i Jim Jarmush wybrali sie lowic rekiny (to w zwiazku z renesansem mojego 2. hobby) - pieknie nic sie nie dzieje - facet w lodce...
super. [2 | lu 2007-08-07 12:04]

2007-07-20 17:09 [lu]
Ela jakis czas temu prosila o jakis podkladzik na okolicznosc egzaminow do szkoly teatralnej. Po dlugich negocjacjach stanelo na "Co ona ma" - VooVoo + Ula Dudziak
Zmajstrowalismy z Krzysztofem cos takiego: co ona ma - no voc.
Wyszlo jak wyszlo, ale zabawe mielismy przednia... [0]

2007-07-07 11:29 [gruber]
ciekawe zeznania - i gratisy... nie ma co? ale ludziom [nie lu.dziom] się nudzi i robią takie spamy - derwuje mnie to [4 | lu 2007-07-20 17:11]

2007-05-28 19:33 [lu]
Ela spytala mnie dzis, czy wiem co to jest kuplet. Niby nie wiedzialem, ale leb mam nie od parady - skoro wiem co to jest dublet, tryplet i kwadruplet to wlasnie znalazlem bardzo ladna aprecjacje sytuacji, gdy sie g*wno strzeli. [0]

2007-05-25 11:00 [lu]
Pamiętacie?
[5 | paweu 2007-05-29 14:36]

2007-05-24 19:50 [lu]
Czytalem sobie przed chwila recenzje noza Helle. Dowiedzialem sie. iz Nałożenie musztardy przebiegło bezproblemowo, bo wysokie ostrze elegancko pozwoliło nabrać przyprawę wprost ze słoiczka.
Porazajace. Chyba kupie. Moze od razu kilka - poza musztarda uzywam jeszcze ketchupu, majonezu i czasem chrzanu... [0]

2007-05-24 11:51 [lu]
Tym się rozgadał na maksa... [0]

2007-05-15 17:46 [lu]
Pojawiaja sie ciekawe aspekty starosci (zblizam sie wszak do trzysiestki). Otoz - jestem zupelnie zdrowy, ale pani doktor zaproponowala mi 2 tygodnie gipsu na moja bolaca od 2 miesiecy stope - nie wiadomo co jej jest, stopie, znaczy, bo u Pani doktor wiadomo.
Nie mam ostrogi, krew ma sie dobrze - dopiero znajomy znachor/fizjoterapeuta, pracodawca mojej zony wytlumaczyl mi, ze to jakas tkanka laczna mnie boli. Nie moge pykac w pilke juz od dwoch miesiecy - jesli dobrze pamietam.
No, ale wlasnie z pamiecia dzieja sie ciekawsze zjawiska. Rysiek dal mi wczoraj klucz, zebym go doniosl uprzejmie na silke do kosciola i bylbym to zrobil, gdybym nie zapomnial. A zapomnialem do tego stopnia, ze dzis sporo czasu spedzilem w aucie probujac ustalic KTO ZGUBIL KLUCZE NA PRZEDNIM SIEDZENIU, bo to przeciez nie moje... Zgroza. [1 | Tato 2007-05-16 07:14]

2007-05-11 17:44 [lu]
Zadzwonił jakiś starszy pan. Powiedział, że chce zamówić do domu masażystkę. Zastanawiam się czy moja żona wybrała dobry zawód... [0]

2007-05-09 09:23 [marta]
piękna rozmowa z synem o dzielności i wzroku! ubawiliśmy się serdecznie w biurze. [1 | lu 2007-05-09 10:40]

2007-05-07 11:22 [lu]
Wyjechaliśmy za późno do łowiska. Tym razem nie było problemu z wstawaniem, kłopotów ze zbieraniem rzeczy - wszystko jak w zegarku. Przy książce zgłoszeń byliśmy o czasie - jednej rzeczy nie przewidzieliśmy tylko, że mając do dyspozycji - o dziwo! - cały obwód, wybierzemy jego niemal najdalszy skrawek jako miejsce swoich łowów. Na dokładkę pomyliłem nazwy ambon i Adrian podwiózł mnie życzliwie tak, że zamiast 100m jak sądził (trochę się pokłóciliśmy co do tego, czy to aby na pewno już tu) miałem jakiś kilometr... Drogę przebyłem żwawo i dopiero nieopodal ambony zwolniłem kroku. Dniało już i naprawdę nie było chwili do stracenia. Wdrapałem się szybko na ambonę usytuowaną na granicy lasu, rzepaku i łąki, która świeżo pocięta dziczym gwizdem obiecywała spotkanie z czarnym zwierzem. Zdjąłem torbę z aparatem fotograficznym, lornetkę, broń, usiadłem na ławce i dopiero po dwóch głębszych, spokojniejszych oddechach zdałem sobie sprawę z tego, że chyba tylko stado bawołów dotarłoby tu głośniej ode mnie... Wszystko przez ten czas - muszę się nauczyć dojeżdżać do łowiska z zapasem, po cichu dochodzić na zasiadkę... Ileż to już razy zepsułem sobie polowanie, nim się jeszcze rozpoczęło, właśnie przez tę niefrasobliwość?
Mój krótki rachunek sumienia został jednak przerwany przez cichy trzask za plecami. "Brawo - masz dowód - coś uchodzi spłoszone. Następnym razem..." Znowu trzask - nie dokończyłem kazania, gdy kolejna złamana gałązka dała znać, że zwierz wcale się nie oddala, a zbliża - w stronę rzepaku. Odwróciłem głowę i ujrzałem przesuwający się po leśnym runie cień - niewielki dzik wraca do rzepaku! Sięgnąłem po broń i przygotowałem się do strzału - muszę go złapać na drodze, mam trzy metry i koniec. Tylko i aż tyle... Wychylił się nieco dalej niż sądziłem - chrząknąłem znacząco, sugerując, że będzie mi wygodniej, jeśli się zatrzyma - dzik jednak, jak dobrze wykształcony odyniec, skoczył w przód i tyle go widziałem. Pogratulowałem mu rozwagi w duchu i uśmiechnąłem się pod nosem - zupełnie sympatyczne polowanie, tak jak by to był już jego koniec. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo się pomyliłem...
Po krótkiej chwili usłyszałem kolejny trzask, i kolejny i znajome, miłe rechtanie - zbliżała się cała ferajna, spora watażka wracała do rzepaku, łamiąc przyjęte konwenanse - noc spędzając w ostoi, dzień na uczcie w rzepaku... Pierwszy dzik pojawił się na drodze, a za nim następny - tego zdążyłem złapać w lunecie - krzyż na komorę i pociągnąłem za spust. W lesie się zakotłowało, po chwili ucichło, a we mnie emocje rosły coraz bardziej. Był już dzik, strzał już był - teraz tylko znaleźć mojego dziczka i pełnia szczęścia. Piękny poranek.
Usiadłem wygodniej czekając, aż się rozwidni na tyle, żeby pójść i odnaleźć zestrzał i mojego dzika, który nie powinien leżeć daleko.
Sjesta jednak nie trwała długo - wataha dzików uznała, że niebezpieczeństwo minęło, skoro upłynął już cały kwadrans od złowieszczego wystrzału i mogą już bezpiecznie wrócić do jadalni... Przygotowałem się, ustawiając broń w miejsce, gdzie się ich spodziewałem. Dublet to miła rzecz, pod warunkiem, że choć jedna ze strzelanych sztuk zostanie w ogniu. Byłem tego świadom i ta myśl brzmiała w mojej głowie "Celuj w ucho, celuj w ucho - wiem, wiem..." Pierwszy dzik wysunął się na drogę, za nim drugi. Trzeci przystanął na chwilę i to wystarczyło, by naprowadzić krzyż w zamierzony punkt. Strzał! Jednak dzik, ku mojemu przerażeniu nie wali się w ogniu, jak powinienem, a dając susa w rzepak oddala się z głośnym charczeniem! Cholera jasna, ZDOŁOWAŁEM!!
Sytuacja zmieniła się w jednej chwili. Nie wiem, co z pierwszym dzikiem - pewność zniknęła razem z urokiem poranka, ale z drugim jest bardzo niedobrze. Zdaje się, że trafiłem w tchawicę czy krtań - mogę go nigdy nie podnieść, znajdzie go chłop kosząc rzepak i to - zupełnie prawdopodobne, bardzo daleko od miejsca gdzie strzelałem. Dzik jednak przystanął - jakieś 150-200m od miejsca gdzie strzelałem. Zszedłem z ambony, żeby jakoś go zlokalizować. Doszedłem wzdłuż rzepaku, znacząc sobie na drodze miejsce na jakiej wysokości go słyszałem, podobnie z drugiej strony pola. Cóż jednak z tego - jeśli nie mogę go dojść? Jest jeszcze szaro, rzepak po pierś. Póki rzęzi - żyje i oddycha. Przy każdej próbie podejścia mogę go tylko pogonić. Nie dojdę go...
Wróciłem na zestrzał. Szukając śladów farby czy ścinki, musiałem się jeszcze asekurować latarką. W końcu znalazłem - ścinki sporo, jeszcze zimowy, ciepły puch i farbę. Niestety ciemną i gęstą - a to niestety oznaczało tylko pogorszenie sytuacji: pierwszy dzik nie dostał na komorę tak jak chciałem! Trafiłem go na wątrobę - dojdzie, ale czy ja go dojdę? Gdybym miał jeszcze swój duży sztucer, ale strzelałem z 243 - mała kula, mała dziura, farby może nie być. Jasna cholera... Przeklinałem swoją pazerność, która ciągnęła po raz drugi za spust... Na co mi to było?
Niebawem podjechał Adrian. Pocieszał, znajdziemy je, brat jedzie już z Neronem - posokowcem bawarskim. To młody pies, ale już parę razy się sprawdził. Może i się uda, ale jak wytłumaczyć psu, że ma znaleźć dwa dziki, że gdy, cudem dojdzie pierwszego, będzie musiał wrócić w to samo miejsce i znaleźć drugiego? Miałem masę wątpliwości...
Gracjan przyjechał po chwili - wręczył nam psa i powiedział, że wraca do łóżka. 05:30 to środek nocy w dzień po maturze... Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. Pokazałem zestrzał, Neron ruszył przed siebie z pewnością nie pozostawiającą cienia wątpliwości - znajdę, go zobaczycie. Ja zostałem przy zestrzale - nie ma co przeszkadzać. Ani moje oczy, ani tym bardziej śladowy węch na nic się nie zdadzą. Usiadłem na ambonie, by móc obserwować postępy pracy - byli już w połowie rzepaku i parli dalej przed siebie. Dołączyłem do nich, gdy pojawili się już po drugiej strony - Adrian powiedział, że farba się skończyła, pies stracił najwyraźniej trop. Spróbuje jeszcze raz. Postanowiłem, że i ja spróbuję... Gdy się oddalili wszedłem w rzepak i krok po kroku, powoli, niemal na czworakach zacząłem podążać szkarłatnym szlakiem między łodygami żółtego zielska... Farby nadspodziewanie sporo - jednak Nosler Partition zrobił swoje... Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę z tego, że idę w innym kierunku niż Adrian z psem. Zawołałem go i wskazałem farbę. Pies ruszył ponownie po tropie.
Wtem usłyszałem głos Adriana - "Neron ruszył dzika!" Dzików było kilka - ruszyły w stronę lasu, a za nimi pies. Adrian podszedł do mnie - "Słabo to widzę. Takich dzików często się nie podnosi..." Wtedy dotarło do mnie, że po raz kolejny popełniłem błąd - za puszczanie się po farbie dzika, który dostał na wątrobę zaledwie w trzy kwadranse po strzale, bardzo często płaci się utratą zwierza. Ruszony z pierwszego łoża, ma jeszcze wystarczająco siły, by pójść kilka kilometrów i ujść prześladowcy... Fatalny poranek, fatalny początek sezonu, który miał być dobry, najlepszy - bo tak sobie postanowiłem. Nic nie warte są takie postanowienia, jeśli łowiecka pazerność wygrywa w decydujących momentach nad rozsądkiem i umiarem.
Adrian poszedł za psem w las. Ja zostałem na farbie pogrążony w wyrzutach sumienia i tym cholernym, tłustym, żółtym rzepaku. "Adrian sugeruje, żeby się poddać... Godzinę już szukamy - bez rezultatu. Może to chyba faktycznie nie ma sensu?" Przypomniał mi się wtedy Eustachy Sapieha, który w pościgu za postrzelonym przez nieudolnego klienta bawołem szedł do utraty sił. Nie doszedł, znaleźli go ledwie żywego, ale i tak utracił licencję - nie doszedł rannego, niebezpiecznego zwierza. Jakoś poczułem się zawstydzony - szukam dopiero godzinę... Będę szedł - póki farba się nie skończy. Nie poddam się, nie poddam... I krok po kroku, niemal raczkując ruszyłem przedzierając się przez gąszcz łodyg. Znalazłem łoże - tu farby było więcej, stąd musiał go ruszyć Neron. Ale po kilkunastu metrach ze zdumieniem stwierdziłem, że wcale nie zmierza w stronę lasu! Przeciwnie, skręcił w lewo - w stronę pól! Niebawem złapałem silny odwiatr - dzik musiał jeszcze niedawno być w tym miejscu! W tym momencie dwa, może trzy metry przede mną zerwał się dzik - nie miałem wątpliwości, że to ten. Przebiegł piętnaście może metrów i zatrzymał się. Nie miał sił, żeby uciekać dalej w tym trudnym - nie tylko dla mnie - gąszczu. Ruszyłem w jego stronę - znowu odbiegł, ale nie dalej niż poprzednio. Ja za nim - sytuacja powtarzała się kilka razy, ale za każdym razem dopuszczał mnie trochę bliżej. Nie miałem już sił, to skradanie się, a potem gonitwa w rzepaku ze sztucerem na plecach dała mi się we znaki, ale wiedziałem, że ranny dzik też ma już dosyć... Wtedy jeszcze przeszło mi przez głowę, że może zaszarżować... Ile mógł ważyć? 30kg? 40? Wszystkie dziki były równe i wydawały się nieduże, ale przy szarówce i emocjach łatwo się pomylić... " Pamiętałem dzielnego malucha sprzed paru lat, który śmiertelnie już ranny, który próbował zaszarżować i pomścić swą ranę. Zatrzymał go ołów, ale ja nie mogłem wyjść z podziwu dla odwagi i siły tego niewielkiego zwierzęcia. "Trudno - pomyślałem - nie po to przez półtorej robię z siebie idiotę, hasając po rzepaku, żeby teraz nagle "mądrzeć". Trzeba dorwać tego dzika!"
Ruszyłem przed siebie, ale wolniej - wiedziałem, że jest blisko... Ostrożnie rozchyliłem łodygi rzepaku, lewą ręką i lufą sztucera i zobaczyłem go - stał do mnie ustawiony bokiem. Nie było czasu na składanie się, zresztą gdybym podniósł broń, rzepak zasłoniłby go i nic by z tego nie wyszło. Strzeliłem z biodra, tak jak stałem! Dzik osunął się na ziemię - doskoczyłem do niego i strzałem w ucho zamknąłem temat. Jak się okazało - niepotrzebnie - poprzednia kula trafiła w strzelnicową "dziesiątkę". "A nie można było tak od razu? Zamiast kaleczyć biedaka?" Ale sumienie szybko ucichło. Ogarnęło mnie bezkresne szczęście - byłem piekielnie zmęczony, ale nie poddałem się - starczyło mi uporu i nie pozwoliłem, by dzik się zmarnował. Resztką sił wyciągnąłem dzika z rzepaku - podjechał Adrian. Gratulował, a ja przyjąłem gratulacje. Sukces był połowiczny, ale był. A radość z tego, że tego jednego dzika doszedłem była większa niż żal, że drugi przepadł. Zrobiliśmy kilka fotek, wypatroszyłem i "pojęliśmy czynności transportowe". Po chwili jednak poprosiłem Adriana, żeby się zatrzymał.
- "Muszę pójść sprawdzić to miejsce, które sobie oznaczyłem, gdy go jeszcze go słyszałem"
- "Byłeś już tam przecież, ja zresztą też, nic nie znalazłem - wątpię, czy to coś da..."
- "Daj mi 5 minut, wiem, że masz już mało czasu, ale to mi nie da spokoju - 5 minut, jeśli niczego nie znajdę, wracamy, OK?"
Adrian się zgodził - ja ruszyłem ponownie w rzepak. O dziwo, po stu metrach zobaczyłem farbę! Jaśniejszą i rzadszą niż z pierwszego dzika. JEST FARBA! Zawołałem Adriana i poprosiłem, żeby przyszedł z moją kraczką - wystawała w rzepaku, dzięki niej mogłem odnaleźć to miejsce. Wiedziałem, że musimy wracać, że już nie ma czasu. Chciałem tu powrócić z moją suką Łuską.
Godzinę później byłem tu z powrotem. Pierwszego dzika zdaliśmy w skupie, pożegnałem się z Adrianem, dziękując bardzo za pomoc. Bez niego byłoby ciężko. Ale teraz pierwszy dzik był już mało ważny - zabawa zaczynała się od początku... Czy Łuska da radę? Świeże tropy licznie krzyżowały się z farbą, Neron zgłupiał, gdy zdrowe dziki rwały mu się sprzed kufy - to dlatego zawiódł. Poprowadziłem sukę w stronę kraczki i nagle złapała trop. Ciągnęła w swoim szaleńczym tempie, bałem się, że łatwo przy tej szybkości może zgubić ścieżkę, ale wiedziałem, że taki ma temperament, że tak pracuje i nic na to nie poradzę. Co 50, czasem 100 metrów widziałem migające kropelki farby - nie straciła tropu! Dobra suka! I nagle - podobnie jak za pierwszym razem, dzik zerwał się nam spod nóg. Nie wiedziałem, czy to ten, czy inny - zdrowy, jak Neronowi. Łuska ciągnęła dalej, ale nagle zawróciła, zakreśliła łuk, pociągnęła w stronę lasu i znowu łuk. Zatrzymałem ją - byłem zdyszany, ona również sapała ciężko, ale jakoś udało mi się usłyszeć charczący głos odchodzącego dzika.
"Za nim Łuska!" - szepnąłem i naprowadziłem ją na trop i puściłem - straciłem ją z oczu. Musiała być jednak mocno zdezorientowana, bo usłyszałem ją w innym miejscu niż dziczka, który - na moje szczęście nie przestawał charczeć, czym zdradzał swoją lokalizację. Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że popełniłem kolejny błąd - wyjeżdżając powtórnie z domu, zamiast wziąć ze sobą dubeltówkę i garść brenek, wyjechałem ze tikką 243win i TRZEMA nabojami. Niedobrze, bardzo niedobrze... Ten dziczek miał znacznie więcej siły, niż jego kolega, nieboszczyk. Odchodził dalej, żwawiej, znacznie wcześniej ruszając z miejsca, nie dając mi szans na podejście na strzał. Po kwadransie zabawy w ciuciubabkę oddałem pierwszy strzał, chwilę później drugi - bezskutecznie. Strzał przez gęste łodygi był bezsensowny, a ja zostałem z ostatnią kulą i świadomością, że tej zmarnować nie mogę. Byłem skonany, ale miałem jeszcze nadzieję, że i dziczkowi zaczyna brakować tchu. Postanowiłem podejść jak najciszej - w nadziei, że się uda i będę mógł wpakować mu 95 granów łaski. Ostrożnie rozchyliłem przebrzydłe, żółte zielsko i... zobaczyłem gwizd dzika nie dalej niż metr od mojego kolana. Strzeliłem - znów z biodra (jak się później okazało - luneta była już doszczętnie zalepiona żółto-zieloną mazią). Ku mojej rozpaczy dzik nie padł, ale skoczył w bok z charkotem oddalając się ode mnie trzymającego bezużyteczną już broń. Jego oddech świszczał już jednak na dwa tempa - dostał jeszcze jedną kulę. Ale czy to wystarczy?
Odłożyłem sztucer na ścieżce technologicznej, żeby go nie zgubić (czytałem kiedyś o znalezionym po 25 latach w Alpach sztucerze z lunetą Kahlesa - firma szczyci się tym, że optyka wytrzymała tak długi czas w srogich, alpejskich warunkach - na grzbiecie. Myśliwy oparł broń o skałę i poszedł ponieść strzeloną kozicę - nigdy już nie trafił do miejsca, gdzie ostatni raz widział swą luśnię. Kahles szczyci się tym, że ich optyka wytrzymała w tak srogich warunkach. Historyjka jest o tyle pouczająca, że zapamiętałem, że nie wolno zapominać o miejscu, gdzie się broń odkłada, zwłaszcza, że ani u nas klimat srogi, ani możliwości bezpiecznego zgubienia broni na ćwierć wieku - moją znalezionoby już w czasie żniw - w kawałkach i ani Tikka ani Burris nie miałby by się czym chwalić).
Zostawiłem więc sztucer w łatwym do odszukania miejscu i z kieszeni wyciągnąłem finkę Marttiini. Jej klinga przez ostatnie 10 lat wydawała mi się za długa, ale w tej sytuacji brakowało jej jeszcze paru centymetrów, by mogła stanowić coś na kształt kordelasa. Nie miałem jednak wyboru - ruszyłem w stronę świstu z nadzieją, że odnajdę dzika, potem sztucer i w końcu sukę, która właśnie była nie-wiadomo-gdzie. Najpierw dzik - reszta w swoim czasie...
Szedłem jeszcze wolniej, nasłuchując – wiedziałem, że jestem blisko. Jeszcze parę kroków…
Zobaczyłem dzika, stojącego tyłem do mnie. Potem już trudno mi przypomnieć sobie dokładny przebieg zdarzeń. Wiem, że wbiłem nóż w kark, aż po rękojeść, dzik z wbitą finką się odwrócił, próbował kłapnąć – stopą go odepchnąłem, złapałem nóż i parokrotnie zatopiłem go w komorze… Zmagania dobiegły końca…
Rozejrzałem się - stałem nie bliżej niż 600-700 metrów od ambony i tyle samo od miejsca, gdzie weszliśmy z Łuską w rzepak... W jednej chwili przebaczyłem jej wszystkie nieposłuszeństwa, krnąbrność i głupstwa, które niemal codziennie mnie irytowały... "Dobra suka, ale gdzie się podziała?" Pojawiła się już po chwili, szczęśliwa wytarmosiła naszą, ba JEJ zdobycz, sztucer znalazł się po drodze, a potem już jak zwykle…
Spojrzałem na zegarek - był kwardans po jedenstatej. Minęło siedem godzin od momentu, gdy oddałem pierwszy strzał, do chwili, gdy podniosłem drugiego dzika. Ten szmat czasu zleciał jak z bicza strzelił, tylko emocje i gorąc, stygły bardzo powoli. Jeszcze wieczorem wszystkie te chwile wracały raz po razem, przypominając coraz więcej szczegółów… Karygodnych błędów, pomyłek i tych – szczęśliwie jedynie słusznych decyzji, które udało mi się popełnić, dzięki którym nie zmarnowałem dobra natury.
Długo jeszcze pewnie będę wspominał najszczęśliwsze łowy w moim życiu, nie z powodu obfitości pokotu, a wysiłku, żółto-zielonego przekleństwa, które zmieniło mnie i Łuskę nie do poznania, i przedziwnej rywalizacji między mną i przyrodą, która przebiegła tak inaczej niż zwykle…
Darzbór!

[6 | Jack 2007-05-10 18:47]

2007-05-07 11:14 [lu]
oszalalem na punkcie tego zapachu:



za drogi, ale co ja na to poradze.... [0]

2007-04-26 13:09 [lu]
nie jestem szczegolnym fanem Anny Marii Jopek. co by jednak nie powiedziec - jestem w szoku. sprawdzilem personel na jej ostatniej plycie:

Manu Katche (perkusja), Minu Cinelu (instrumenty perkusyjne), Christian McBride (kontrabas), Richard Bona (bas i gościnny wokal), Branford Marsalis (saksofon), Dhafer Youssef (lutnia), Oscar Castro Neves (gitara), Leszek Możdżer (fortepian) i Kayah (śpiew). Całośc została zgrana w studiu Petera Gabriela Real World przez jego osobistego reżyser dźwięku, Bena Findlay oraz zmasterowana w Abbey Road przez Sean Magee.

WOW. [2 | maly 2007-05-04 02:13]

2007-04-26 12:19 [lu]
Dwa miesiace nic nie zanotowalem. Swietnie... Zreszta, zupelnie znamienne, bo podobnie rzecz sie ma z moim dratem, co sam sie nie zrobi, panie doktorancie. Tymon rosnie, Dziecko #2 rosnie, Kaska tez rosnie, nawet ja rosne, choc wolalbym nie. Nic to - kontuzja piety i nic nie zrobisz. Pojde do ortopedy za miesiac - tyle sie czeka. Moze i dobrze, samo przejdzie do tego czasu.
Z ciekawszych rzeczy - zostalem fotografem, bo kupilem sobie lustrzanke:
- swietna rzecz. Goscie z google sie chyba skapneli, bo rownolegle udostepnili do gmail.com zgrabny webalbum i mozna wygodnie wrzucac zdjecia: picasaweb.google.com.
Ze spraw internetowych, chyba skonczylem juz robotki nad wirtualnymopolem - Piotrker sie ucieszy jak ktos kliknie w ten link, bo licznik sie zwiekszy i nad stronka mojego kolka lowieckiego. Czas odswiezyc odludzie, tylko, ze to nie bardzo ma sens, jesli po tym poscie znowu przez miesiac nic nie napisze.
Tyle. [0]

2007-03-06 07:49 [lu]
I jeszcze cos - jade sobie wczoraj na probe scholki przy zetwuemowskim kosciele a tu z radia slysze Beatelsow:
What would you do if I sang out of tune
Would you stand up and walk out on me
Lend me your ears and I'll sing you a song
and I'll try not to sing out of key

Kurcze, proroki jakies... [5 | paweu 2007-03-08 12:58]

2007-03-06 07:46 [lu]
Uczes ie do egzaminu doktorskiego z elektrotechniki. W sumie fajnie - dawno sie tyle nie uczylem, przypomnialy mi sie czasy studiow, z wkuwaniem na czas i szacowaniem czy zdaze, czy nie. Mam spore szanse, ze nie zdaze, wiec jest goraco. Roznica jest taka, ze nie ma *terminow* jak wtedy, tylko MEGAOBCIACH jak sie obleje. [0]


wszystkie dotychczasowe zeznania
   

Odwiedziny od maja 2003: [13235]
Myśli Bieżące:: [211]
Zeznania: [1119]

Same Bzdury

Apoezje: [7]
Wierszydła: [21]
Animalizacje: [5]
Bzdury Właściwe: [8]
Dramaty: [2]

Małżeńskie Dialogi Około Północy: [80]
Rozmowy z Dzieckiem: [52]
Mjuzik: [9]
C[z]ytaty: [030725]
Garfield codzienny
Konotacje: [17]
Zdjęcia Tymona
Dodaj do ulubionych

 
Forum
treść zeznania:

czytelny podpis:

filtr antyspamowy:

przed wysłaniem zeznania, z powyższego ciągu znaków usuń ostatnie trzy litery...